niedziela, 30 marca 2014

Rozdział 6 - Do zobaczenia....



Zamknięta w latach sześćdziesiątych, fabryka maszyn rolniczych była idealnym miejscem dla Bazyliszka. Nikt tu nie zaglądał... Oczywiście prócz bezdomnych, urządzających sobie tu noclegownie. Większość z nich nigdy nie opuszczała tego miejsca, jednak nie mając dokąd pójść, mury starej fabryki były jak wymarzony dom.
Samochód zaparkowali nieopodal wjazdu, który swoją drogą i tak był zbyt zarośnięty przeróżnymi krzakami, aby móc jechać dalej. Wyszli z wozu w dłoniach trzymając broń, jedynie Elena postanowiła darować sobie gierki i tak wiedziała, że na nic się to zda. Ukradkiem przemknęli przez dziko rosnące krzaki, kalecząc sobie przy tym dłonie. Pod ich stopami szeleściły kamienie i rozbite butelki po alkoholu. Czuć było fekalia i palone opony, które noce dawały ciepło bezdomnym. Robiąc taki hałas nie ma mowy o skradaniu się, wiec nawet nie próbowali tego robić. Ruszyli przez pusty plac, zatrzymując się dopiero przed wejściem, które było nieznacznie uchylone. Elena minęła chłopaków i odsłoniła ucha, jak gdyby miało jej to pomóc w usłyszeniu jakiegokolwiek szmeru.
Dean zerknął na brata. Jego spojrzenie było wymowne, obaj myśleli o tym samym, choć młodszy Winchester nie chciał mówić tego na głos – wciąż miała nadzieje, że Bobby się pomylił, nawet jeśli nigdy tego nie robił.
-Co tu robicie?! – odwrócili się gwałtownie, mierząc bronią w tęgiego mężczyznę, z lekką łysiną na czubku głowy. Ubrany był w granatowy uniform ze znakiem ochrony na piersi. Odchrząknęli nerwowo, szukając w miarę logicznego wyjaśnienia.
-Agent Willis, Smith i agentka Thomson. Mieliśmy zgłoszenie morderstwa – zaczął szybko Dean, to on najczęściej odwalał czarną robotę w postaci wciskania kitów wszystkim wkoło.
-Federalni? – zdziwił się mężczyzna – nic nie wiem o żadnym morderstwie.
-Mamy ciało, a materiał zabezpieczony na ubraniu ofiary wskazuje na to miejsce.
Ochroniarz kiwnął znacząco głową.
-Czego szukamy? – spytał.
-Proszę na czas przeszukiwania nie wychodzić z pańskiej dyżurki – powiedziała blondynka.
Odprowadziła mężczyznę wzrokiem. Zniknął za niewielkim budynkiem otoczonym wysokimi drzewami, które nijak się miały do ponurej okolicy. Wzruszyła ramionami i pchnęła drzwi. Od razu poczuła zapach zgnilizny i odór śmierci. Był tak charakterystyczny, że wręcz można było do niego przywyknąć. Pajęczyny wisiały nisko, przez co trzeba było udrażniać sobie przejście. Ze świetlika usilnie próbowały przebić się zbłąkane promienie wiosennego słońca. Zgodnie uznali, że muszą się rozdzielić. Dean nie chciał puścić dziewczyny samej, bynajmniej nie z troski, a obawy, że zacznie kręcić.
Szedł przodem, zaglądał do każdego mijanego pomieszczenia. Elena przyglądała się mu uważnie. Widziała, że jest spięty. Nie musiał nic mówić, ale wolała wyłożyć kawę na ławę.
-Wiem, że coś podejrzewacie...
-Co masz na myśli? Że Bazyliszek nie jest sam? – rzucił podchwytliwie.
-To też – przyznała.
-Tak, podejrzewamy – powiedział, odwracając się w jej stronę, – dlatego radzę nie kręcić, bo ja w przeciwieństwie do mojego brata nie zastanawiam się zbytnio nad tym, czy warto marnować kulki.
-Dobrze wiedzieć – odparła, przewracając ironicznie oczami.
Dziwiło ją, że jeszcze nie interweniowali. A może mają wątpliwości? Albo wiedzą, że z Eos nie poradzą sobie sami. Ciekawiło ja, co nimi kieruje.
-W takim razie, jeśli wszyscy wiemy, na czym stoimy – zaczęła, – pamiętajcie o jego oczach, kołkiem w serce... Ja go zatrzymam.
-Jak to zrobisz? – próbował podpytać.
-Mam swoje sposoby – mruknęła.
Dean przygryzł wargę, nie odpowiadając. Nie zamierzał kumplować się z Selene – owszem już wiedzieli, kim jest Elena, i choć wcześniej mieli wątpliwości, dziewczyna sama poniekąd wszystko potwierdziła. Winchester po przejściach z Katherine nie chciał mieć nic wspólnego z istotami, na które powinni polować, jednak jego młodszy brat przekonał go, ze muszą współpracować z Selene, bo tylko ona jest w stanie zabić Eos tak, jak zrobiła to wcześniej. Jednak najbardziej dziwiło go zaufanie, jakim obdarzył ją Samuel. Nie rozumiał tego, ale z drugiej strony był ostatnią osoba, która mogłaby oceniać bruneta.
 Minęli lewe skrzydło. Nieznośny smród stawał się coraz bardziej uciążliwy. Byli blisko, co wzmorzyło czujność Eleny. Dean wyjął komórkę i szybko napisał krótką wiadomość Samowi. Podał tylko namiary, bo i tak wiedział, że brat szybko do nich dołączy. Blondynka przeszła obok, chcąc wejść, jako pierwsza. Potknęła się upadając na mokrą posadzkę. Na ziemi leżały szczątki, bynajmniej nie gryzoni, które zadomowiły się tu na stałe. Uniosła brew, znacząco zerkając na szatyna. Chłopak automatycznie odbezpieczył broń. Podniosła się niezdarnie, otrzepując jeasny ze śmieci.
-Milutki gość – podsumował Dean, rozglądając się uważnie po pomieszczeniu.
-Całkiem tu... Przerażająco – tuż za nimi stał ochroniarz. Uśmiechał się podle, zerkając prowokacyjnie na Selene.
-Cholera, ze też wcześniej o nim nie pomyślałam – syknęła.
-Chcesz mi powiedzieć, że to Bazyliszek? – wykrztusił Dean.
-Z czasem przeobraziłem się w to... Dzięki takiemu kamuflażowi nikt mnie nie podejrzewa, ofiary same do mnie przychodzą – odpowiedział mężczyzna.
-No nie wątpię – Selene skrzywiła się.
-Znam historyjki o tobie Selene... Zachciało ci się normalnego, ludzkiego życia.
-Nie twój interes – warknęła.
Mężczyzna prychnął pod nosem i zniknął, pojawiając się tuż za dziewczyną.
-Akuku – zadrwił chwytając ją za gardło.
Dean pociągnął za spust, ale to nic nie dało. Bazyliszek wciąż zaciskał łapska na szyi Eleny. Blondynka zachłysnęła się powietrzem. Napastnik był silny, więc nie mogła polegać tylko na swoich umiejętnościach walki wręcz. Musiała sięgnąć po magię. Wykonała delikatny ruch dłonią, przypominający koło, a po chwili silny podmuch wiatru oderwał od niej Bazyliszka, która wylądował znacznie dalej. Chwyciła się za gardło, starając się jednocześnie brać głębokie wdechy, które bynajmniej nie sprawiały, że czuła się lepiej, ba! Wręcz sprawiało jej to ból.
-Nic ci nie jest? – spytał Dean, pomagając dziewczynie stanąć na nogi.
-Bywało lepiej – sapnęła ciężko.
-Gdzie on jest? – Winchester rozejrzał się, ale Bazyliszka nigdzie nie było. Przeklną pod nosem, spoglądając spode łba na dziewczyna.
-Nie wiedziałam, że tak potrafi! – broniła się.
-Podobno już jednego zabiłaś – mruknął.
-Tak, ale takiego... Tradycyjnego, a nie zmutowanego i w czapce niewidce – odparła.
-Świetnie!
-Szukacie mnie? – Dean upadł zalewając się krwią. Bazyliszek wciąż pozostawał niewidzialny. To jak walka z wiatrakami. Nie widząc wroga, nie mogli go zaatakować, za to on nie miał z tym najmniejszych problemów. Selena starała się przypomnieć sobie zaklęcie odwracające ten stan, jednak była pod presją czasu, a to nigdy nie służy dobrze w czarach. W zamian za to, dostrzegła kubeł farby. Była zaschnięta fakt, ale z tym poradziła sobie bardzo szybko. Dean wciąż leżał na ziemi, Bazyliszek atakował go raz za razem. Dziewczyna wykorzystała odpowiedni moment i wylała kubeł czarnej farby na mężczyzn. Deanowi się to nie spodobało, ale dzięki temu mogli dostrzec każdy ruch przeciwnika. Uśmiechnęła się tryumfująco.
-Dzięki – wykrztusił szatyn, na co Elena wzruszyła nieznacznie ramionami.
Bazyliszek nie miał już wyjścia. Znów stał się widoczny. Co prawda nie był zadowolony, jednak fakt ten nie przeszkadzał mu w dalszym atakowaniu. Tym razem skupił się na dziewczynie, która robiła, co mogła, aby unikać ciosów. Wciąż myślała o Samie, który powinien lada moment pojawić się z kołkiem... Ależ byli durni, choć z drugiej strony Dean i tak wolałby, aby to Sam miał przy sobie tą cenną broń.
Selene odpierała ataki, zyskała tym nieco czasu i po kilku minutach faktycznie pojawił się młodszy Winchester. Nie wiedział czy pomóc dziewczynie, czy bratu. Ostatecznie podbiegł do Deana, który klęczał ocierając spływającą z nosa krew.
-Nic ci nie jest? – spytał spoglądając na niego badawczo.
-Nie, ale weź załatw tego sukinsyna – warknął wściekły.
Sam wyjął zza kurtki kołek. Zbliżył się do Bazyliszka, ale gdy się zamachnął mężczyzna zmaterializował się, pojawiając się tuż za nim. Drasnął Winchestera w ramie. Chłopak zachwiał się, próbując utrzymać równowagę. Selene rzuciła się do broni, którą Bazyliszek wytrącił Samowi z dłoni. Mężczyzna był jednak szybszy. Dzierżył w dłoni jedyną broń, która mogła go zabić. Zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi. Prowokował łowców do ataku. Selene pozostawała niewzruszona, raz jednego z jego pobratymców zabiła... Wiec zrobi to ponownie.
-Wielu próbowało, ale widzicie... Ewoluowałem. Moje oczy? Nie są już tak mordercze, nauczyliście się z nimi radzić, więc musiałem znaleźć inny sposób. 
-Czyli co?
-Mój jad... Myślicie, że ukąszenie jest zabójcze?
Dopiero, gdy wyciągnął przed siebie dłoń i pokazał drobne pęcherzyki, zakończone kolcami, dotarło do niej, o czym mówi. Dotknęła swojej szyi. Pokryta była drobnymi ranami, z których sączyła się zielona maź. Rzuciła okiem na Winchesterów, skóra łowców w miejscach, w których dotykał ich Bazyliszek, wyglądała niczym potraktowana kwasem. Zaczerwienienia były niczym w porównaniu z wydzieliną i pęcherzykami wypełnionymi dziwną wydzieliną.
-Sukinsyn – warknął Dean.
Selene zacisnęła dłoń sprawiając, że Bazyliszek upadł bezwładnie na podłogę. Tym razem nie wahała się ani sekundy dłużej. Z kamiennym wyrazem twarzy podeszła do mężczyzny, pochylając się nad nim. Wbiła kołek w samo serce Bazyliszka, który dłuższą chwile wił się w agonii. Jego ciało zaczęło przypominać spróchniały konar drzewa, a to znaczyło, iż był już martwy... A mimo to rany wciąż się nie goiły.
-Cholera, ale piecze – sapnął szatyn. – Zrób coś.
-Co mam zrobić? Nie ma na to zaklęcia.
-Więc już po nas – podsumował.
-Brawo siostrzyczko.
W pomieszczeniu rozbrzmiał melodyjny śmiech kobiety. Blondynka zerwała się z miejsca, dostrzegając w cieniu filaru, szczupłą, wysoką brunetkę. Jej ciemne włosy okalały drobną twarz, oczy zaś wręcz paliły ogniem. Uśmiechała się prowokacyjnie, idąc wolno w kierunku łowców. Winchesterowie doskonale wiedzieli, kim jest nieznajoma, byli jednak zbyt osłabieni jadem Bazyliszka, aby móc w jakikolwiek sposób zareagować.
-Eos – mruknęła pod nosem blondynka.
-Tęskniłaś? Jak się teraz nazywasz? Elena? – zakpiła brunetka.
-Dlaczego wróciłaś?
-Miałabym nie wykorzystać takiej okazji? Ale spokojnie, nie bije leżącego. Dam wam trochę czasu na... Ochłonięcie.
 Eos machnęła ręką, a rany na ciele Sama i Deana zniknęły. Również Selene zregenerowała siły. Nie rozumiała, dlaczego to robi? W co z nimi pogrywa? Czego oczekuje? Jej siostra zawsze była przebiegła, tym razem nie mogło być inaczej. Miała swój chory plan, który chciała za wszelką cenę zrealizować.
Bogini zaśmiała się kpiąco. Zmieszany wyraz twarzy łowców, a przede wszystkim jej siostry, był widokiem bezcennym. Długo na coś takiego czekała, aczkolwiek pragnęła czegoś innego. Wciąż pragnęła zemsty, ale najlepszą zemsta jest ból sprawiony bliskiej osobie. Na kim zależało Selene? Cóż, przywiązała się do tej dwójki, ale to byłoby teraz zbyt proste... Zacznie, więc od kogoś innego.
-Do zobaczenia wkrótce – brunetka rozpłynęła się we mgle.
-Co to miało być do cholery? – Dean był kompletnie zaskoczony.
-Musimy wracać do Bobbyego – Selene mogła jedynie przypuszczać, że zachowanie siostry tak naprawdę było zwykłym odwróceniem uwagi od czegoś większego.
-Myślisz...
-Niestety, jest do tego zdolna – odparła cicho.

~*~
Coś się ruszyło.
Choć bronić będę się w czerwcu (ileż razy można poprawiać w pracy jedno i to samo? Do szału doprowadza mnie już ta szkoła) to postanowiłam wrócić już na dobre do pisania. Pracę poprawię, ale też w międzyczasie będę pisać. Niektóre historie musza zostać zakończone... bo i mam parę nowych pomysłów ;) Ale Spokojnie, to jeszcze nie czas, w końcu tu mamy dopiero 6 rozdział. 

sobota, 22 lutego 2014

Rozdział 5 - Bazyliszek.





Zniknęła za drzwiami do łazienki. Najchętniej nałożyłaby na dłonie rękawiczki, lecz to byłoby nie dorzeczne. Sięgnęła po kurek z wodą i odkręciła go. Zimny strumień obmył jej twarz i ciało, wzdrygnęła się, zaciskając usta w wąską linie. Po chwili woda stała się przyjemnie ciepła i choć przez moment mogła się zrelaksować. Nie wiedziała jak długo jeszcze pozostanie z Winchesterami. Obawiała się, że jej sekret wyjdzie na jaw. Znała ich z opowieści innych łowców i wiedziała, że uparcie dążą do poznania prawdy. Prędzej czy później będzie musiała zniknąć, ale teraz musiała skupić się na polowaniu i odnalezieniu wrót.
Okryła się ręcznikiem i zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Jak wiele zostało w niej z Selene? Magia, wciąż przepływa przez jej ciało, lecz jest wyraźnie słabsza niż niegdyś. Jej kruczoczarne włosy stały się złociste, jej twarz nosiła ślady bólu i zmęczenia. Czasami marzyła, aby stać się śmiertelną i móc przeżyć swoje życie tak, jak każdy śmiertelnik pragnie. Cieszyć się każdą minutą... Carpe diem. Jej życie to stulecia bezustannej walki, ucieczki i cierpienia. Chciałaby to zmienić, chciałaby zostać Eleną, zwykłą dziewczyną z przedmieścia.
Ubrała się i wyszła do pokoju. Czesząc mokre włosy usiadła na łóżku i przyjrzała się Samowi, który uparcie, od kilku godzin, przeglądał Internet i dziennik Johna. Był tym bardziej zdeterminowanym, choć Deanowi nie można było zarzucić głupotę czy lenistwo. On działał specyficznie... Miał wiedzę i umiejętności perswazji, z których często korzystał, a Sam wolał najpierw wszystko przemyśleć, znaleźć jak najwięcej informacji i dopiero wtedy działać. Tak różni, a jednak podobni.
-Znalazłeś coś? – spytała, unosząc pytająco brew.
-Nie wierze, ze to powiem, ale Dean chyba miał racje.
-Z czym?
-Z bazyliszkiem.
-Jest to trochę dziwne... – mruknęła i dodała - Ale z drugiej strony wszystko mutuje, może w tym przypadku jest tak samo? – rzuciła.
Wieki temu miała styczność z tym stworem. Nie była zachwycona myślą o ponownym spotkaniu go, ostatnim razem ledwo uszła z życiem, jednak z dwojga złego lepiej jest wiedzieć, kto jest twoim wrogiem, prawda?
-Gdzie Dean? – spytała, uzmysławiając sobie, że są sami.
-Pojechał do prosektorium, chce sprawdzić kartoteki – odparł.
Rozczesała włosy i opadła na łóżko. Było już późno, była zmęczona, a przed mini szykuje się kolejny ciężko dzień. Choć rzadko bywała tak zmęczona, to musiała przyznać, że takie dni zdarzały się coraz częściej. Była boginią to fakt, ale wciąż miała w sobie człowieczeństwo i ono samo w sobie męczyło się, czasami wręcz zużywało. Zastanawiała się nad tym, czy jej siostra, wyzbywając się tego wszystkiego, co sprawiało, że mogła nazywać się człowiekiem, stała się dzięki temu lepsza... Wytrwalsza.
-Bazyliszka można spotkać w ciemnych zakamarkach, piwnicach...
-Kanałach. – dokończyła za chłopaka – Wiem, musimy być ostrożni.
-Oprócz wzroku jego silną bronią jest toksyczny oddech i kły.
-Nawet sobie nie wyobrażasz – mruknęła do siebie.
-Co?
-A nie nic, tak tylko czytałam – odparła pospiesznie.
-Potrzebujemy lustra.
-Jeśli faktycznie zmutował, wątpię, żeby lustro pomogło – zauważyła.
-Pewnie masz racje, ale warto spróbować – odparł, zatrzaskując komputer.
-Zastanawia mnie, co nim kieruje? W końcu ofiary nie są zjadane – powiedziała.
-Nie mam zielonego pojęcia, może ktoś nim kieruje? – rzucił luźno.
Ściągnęła brwi, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. To oczywiście nie uszło uwadze Winchestera, który nie spuszczał jej z oka. Podejrzewał, że dziewczyna coś wie, że coś przypuszcza.
-Wiesz, kto to może być – bardziej stwierdził niż zapytał.
-Naomi. Lubi... Wykorzystywać do swoich celów innych, wtedy ma czyste ręce – odparła. Obawiała się, że to właśnie ona. Nie była gotowa na starcie z Eos, bowiem wiedziała, że jest teraz osłabiona, a co najważniejsze w głębi serca nie chce po raz kolejny zabijać siostry. Wciąż łudziła się, że Eos kiedyś sięgnie po rozum, że się zmieni, że będzie jak dawniej. Płonne pragnienie pojednania z siostrą było wiec silniejsze, niż zdrowy rozsądek, który nakazuje robić wszystko, aby przetrwać.
-No dobrze, więc co robimy? – spytał chłopak, na co dziewczyna lekko wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, co robić. Była w impasie.
-Pogadam z Bobby – westchnął i wyszedł.
Nie chciał, aby Elena słyszała jego rozmowę z Singerem. Doszedł do wniosku, że nadszedł czas, aby lepiej przyjrzeć się blondynce, dlatego postanowił poprosić Bobbyego o pomoc. Mieli sporo na głowie, ale ostatnie, czego im było trzeba, to kolejnych problemów. Lepiej zawczasu uniknąć nieporozumień, które potem mogą przerodzić się w poważne komplikacje.
Lekki wiatr sprawił, że przeszedł go dreszcz. Dochodziła 10 a.m, noce były coraz chłodniejsze. Oparł się o ścianę budynku i przyłożył telefon do ucha. Spokojnie czekał aż Bobby odbierze. Po kilku sygnałach usłyszał głos przyjaciela. Pokrótce wyjaśnił, o co chodzi i wcale nie zdziwił go fakt, że mężczyzna na własną rękę postanowił dowiedzieć się czegoś o dziewczynie. Miał niewiele informacji, ale bezwątpienia najbardziej zastanawiającą była ta, o łowczyni, która siedemdziesiąt lat temu zabiła bazyliszka. Z opisów świadków była silna... nieludzko silna, a urodą niezwykle przypominała ich nową koleżankę. Było to zaskakujące, w końcu Elena wygląda na dwudziestolatkę, jak więc oszukała czas? Czym jest? Nie chciał martwił Deana, dlatego uznał, że poczeka aż Singer wykopie więcej informacji o Elenie, a wtedy zaczną się niepokoić.
Kiedy wrócił do pokoju zastał w nim nie tylko blondynkę, ale też Deana. Nie rozmawiali, tylko przeglądali stare dokumentacje, dzienniki. Jego brat wciąż był nieufny i w zasadzie wcale się mu nie dziwił, po tym, co przeszedł z Katherine, nie chciał się angażować w nowe znajomości.
-Czyli Naomi – rzucił Dean.
-Ta, podobno.
-Co proponujecie? Bobby kazał czekać na telefon, ale nie będziemy siedzieć bezczynnie – zauważył brunet.
-Elena? – szatyn zerknął na dziewczynę, czekając na odpowiedź.
-Nie jesteśmy gotowi, żeby się z nią spotkać.
-A bazyliszek?
-Trudno go zabić, ale nie jest to niewykonalne – mruknęła niechętnie.
-Dobrze, w takim razie znajdźmy go i zabijmy, a Naomi zajmiemy się później – rzucił Dean.
-Myślisz, że to takie łatwe? Musimy być czujni i przygotowani na wszystko.
-A to nowość – podsumował ironicznie i sięgnął do torby.
-Srebro? – zaśmiała się, widząc jak wyjmuje sztylet.
-No a co?
-Krew, przyciąga go woń krwi i krew może go zabić. – wyjaśniła.
-Super kolejny świrus.
-Musimy zamoczyć w krwi kołek z drzewa oliwnego...
-Dlaczego w Grecji?
-Stare wierzenie mówią, że bazyliszek został wystrugany w pniu drzewa – wyjaśniła.
-Skąd go weźmiemy? – mruknął szatyn.
-Ja się tym zajmę – powiedziała na odchodne i wyszła.
Sam stał przy oknie i przyglądał się dziewczynie, która znika zza zakrętem. Jego zainteresowanie nie uszło uwadze Deana, który od razu wyłapał, że coś nie gra.
-Co jest?
-W zasadzie jeszcze nie wiem – powiedział zgodnie z prawdą.
-Jasne, lecisz na nią – zaśmiał się szatyn, na co młodszy z braci pokręcił z dezaprobatą głową.
-Przygotujmy się....

Potrafiła to i owo. Choć rzadko korzystała ze swoich magicznych umiejętności, wciąż wiedziała jak się nimi posługiwać. Nie przepadała za tym, w końcu obiecała sobie żyć jak śmiertelniczka i robiła wszystko, aby jej się to udało, czasami jednak los płatał jej figle, a wtedy musiała zepchnąć na boczny plan swoje postanowienia. Przymknęła powieki i już po chwili nie stała na zatłoczonej ruchliwej drodze, a w miejscu, gdzie niegdyś znajdował się Olimp. Wspaniała góra, która zawsze zachwycała ją swą majestatycznością, teraz zdawała się być jedynie namiastką tego wszystkiego, co pozostawiła wieki temu. Jak wszyscy bogowie mieszkała tu przez stulecia, jednak wojny, głód i cierpienie zniszczyły to miejsce. Gdy Olimp strawił ogień, bogowie wynieśli się, pozostawiając za sobą przeszłość. Niektórzy, jak ona, postanowili żyć w inny sposób i zbliżyć się do ludzi... Niestety byli i tacy, którzy tak bardzo łaknęli władzy, że zapomnieli o tym, iż sami są nijako podwładnymi Zeusa. Wielu z nich zginęło z rąk ojca, który pragnął ratować ludzi, zaś pozostali uciekli się do podstępów i pod postacią śmiertelników, kierowali ich życiem... Sam Zeus wciąż gdzieś jest, niewidziany od setek lat, zdaje się być tylko ulotnym wspomnieniem, jednak Selene wiedziała, że wciąż ma nad nimi pieczę.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, po chwili pojawiły się delikatne, bladobłękitne iskry, wraz z nimi na jej dłoni pojawił się biały kołek, z wyrytymi greckimi znakami, które oznaczały śmierć. Ukryła go tu, bo wiedziała, że tylko ona jest na tyle głupia, aby tu wracać. Pozostali bogowie unikali tego miejsca, obawiali się gniewu Zeusa. Ona zaś uważała, że śmierć byłaby jedynie wybawieniem, nie miała nic do stracenia. Schowała broń do torby i raz jeszcze zerknęła na górę. Uśmiechnęła się nieznacznie i zniknęła.
Pojawiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Stanęła na środku drogi, omal nie powodując wypadku. Przeklęła siarczyście i znów zniknęła, aby tym razem pojawić się w najbliższej alejce. Odetchnęła z ulgą uświadamiając sobie, że tym razem wszystko poszło dobrze. Nie chciała ryzykować, fakt najczęściej ludzie w ogóle nie zauważali jej zniknięcia nawet wtedy, gdy stała obok nich, ale pojawienie się na środku skrzyżowania groziło już poważnymi konsekwencjami. Mruknęła coś niezrozumiale, i ruszyła zamaszystym krokiem w stronę motelu. Bracia czekali na nią przed budynkiem. Dean właśnie pakował do bagażnika torby, a Sam wlepiał wzrok w swoją komórkę.
-Mam – oświadczyła wyjmując przedmiot z torby.
-Szybko poszło...
-Mam swoje sposoby – odparła, wzruszając ramionami.
-Mniejsza z tym, zbierajmy się, Bobby czeka już na nas w Sioux Falls.
-Znalazł coś?
-Podobno – mruknął krótko Dean.
Przygryzła wargę i posłusznie wsiadła do Impali. Nie wiedziała, co jest grane, ale przypuszczała, że mężczyźni zaczynają coś podejrzewać. Wolała jednak nie zamartwiać się na zapas, w końcu, jeśli stracą czujność przy bazyliszku, zginął wszyscy.
-Gdzie może być? – spytał Sam, zerkając w tylne lusterko.
-Pod centrum handlowym są tunele, prowadzące w stronę starych fabryk.
-To idealne miejsce.
-To pięć kilometrów. Musimy się rozdzielić – zauważył Dean.
-Wolałabym trzymać się razem, te stworzenia nie są... idiotami. Jeśli jest ich więcej, na pewno zapędza nas w kozi róg – powiedziała.
-Super, jeszcze nam brakuje tu Godzilly – burknął, odpalając silnik.
Podała Samowi kołek i przełknęła ślinę.
-Odwrócę jego uwagę, wy celujcie w serce.
-Jak niby chcesz odwrócić jego uwagę – zdziwił się brunet, na co dziewczyna westchnęła i odwróciła wzrok w drugą stronę. Nie mogła powiedzieć, że im ta broń przyda się bardziej, niż jej, bo zaczną drążyć temat...
-Jeszcze nie wiem, ale jakoś sobie poradzę...

~*~
Nowy rozdział. Obiecałam, że będzie we czwartek ale coś mi nie wyszło :(
Rozdział nudny i krótki, ale mam nadzieje, że szybko się poprawie!


czwartek, 7 listopada 2013

Rozdział 4 - Temat tabu.





W tym rozdziale właściwie nic się nie dzieje, jednak wyjaśniłam Wam sprawę Naomi i Eleny ;)
Mam nadzieje, że zaskoczyłam Was nie faktem, na który niektóre wpadły wcześniej, ale tym, kim są tak naprawdę.

*

Kobieta podeszła do kredensu i wyjęła niewielkie, ceramiczne naczynie. Sięgnęła do szuflady po płócienny woreczek i świeczkę. Wróciła do salonu, gdzie na stole rozłożyła mapę. Spojrzała na trzymane przez siebie przedmioty i westchnęła cicho;
-Zapomniałam o czymś – mruknęła, po czym znów podeszła do szafki, z której wyjęła fiolkę ze szkarłatną cieczką.
-Chce wiedzieć, co to jest? – spytała blondynka.
-Krew dżina – odparła jak gdyby nigdy nic, Missouri.
-Skąd ty u licha wzięłaś krew dżina? - wykrztusił zdziwiony Dean.
-Wy macie swoje sposoby, a ja swoje. Jeśli chcecie wiedzieć, gdzie jest czyściec, potrzebuje krwi istoty, która do niego trafiła – odparła kobieta.
-Rozumiem, że ten dżin już nie mieszka w lampie – podsumował szatyn, co murzynka podsumowała zdzieleniem go po łbie.
Do naczynia wlała zawartość flakonika. Z woreczka przesypała popiół pochodzący z jakiejś rośliny, zaczęła wymawiać krótkie zaklęcie. Potem wylała krew na mapę, a szkarłatna plama zaczęła tworzyć swoistą drogę prowadzącą do St. Louis.
-Mogę coś zauważyć? – odezwał się Sam. – Czyściec jest otwarty, więc ten cały dżin prawdopodobnie zwiał, tak samo jak wszystkie inne skubańce.
-To nie do końca tak działa – powiedział kobieta. – Czyściec faktycznie jest otwarty, a ten wasz Kronos tam siedzi, jednak kreatury nie mogą z niego wyjść...
-Chwila, to jest otwarty czy nie, bo ja już nic z tego nie wiem – odezwał się starszy Winchester.
-Dobrze, że ładną buzią nadrabiasz – mruknęła Missouri. – Kronos go... Zabezpieczył przed wami.
-A to sukinsyn – warknął szatyn. 
-Ale nie mamy pewności, że wrota są w St. Louis – podsumowała słusznie Elena. – No... A co z istotami, które umierają? Na jakiej zasadzie działa teraz to wszystko?
-Jeśli któraś z nich zginie trafia do czyśćca, jej dusza jest więziona przez Kronosa. Choć wrota są otwarte, demon znalazł sposób na zablokowanie ich tak, aby nikt niepożądany tam nie wszedł – czytaj: wy – ani wyszedł, czyli wszystkie kreatury, które się tam gnieżdżą.
-Nie brzmi to tak źle – zauważyła Elena.
-Tak, ale on może tą barierę stłuc w każdej chwili, a wtedy powstanie chaos. On panuje teraz nad tym, kto tam wchodzi i kto wychodzi. Jeśli zechce może wszystkie te skubańce wypuścić, a przypuszczacie, co wtedy się stanie.
-Na cholerę mu to? Po co pakuje się do czyśćca i to z własnej woli? – spytała blondynka.
-Widocznie ma plan. – odparła Missouri.
-Jak mamy je zamknąć na stałe?
-Tego jeszcze nie wiem. Postaram się czegoś dowiedzieć, ale niczego nie obiecuje.
-Dzięki Missouri – pożegnali się i wyszli.
Elena w ciszy szła za Winchesterami, którzy rozmawiali między sobą o czyśćcu i Kronosie. Nie wcinała się im w słowo, bowiem bardziej od demona przejmowała się Naomi. Znała ją bardzo dobrze, wiedziała, że jest w stanie zabić swoją rodzinę, jeśli tylko sprawi jej to przyjemność. Była bezwzględna, a jej ulubioną zabawą była kontrola innych, dzięki czemu to nie ona nosiła krew na dłoniach, choć bezpośrednio jej polecenia dana osoba wykonywała. Jak więc możliwe, ze ktoś taki niegdyś był uosobieniem dobroci? Cóż, ból i cierpienie zmieni każdego, a zemsta jest pierwszym krokiem do utraty człowieczeństwa...


Historia Naomi rozpoczęła się wieki temu...
Ówcześni ludzie oddawali część bogom, którzy w ich mniemaniu mieli władze nad wszystkim. Śmierć przeplatała się z darem życia, a za wszystkim stali bogowie. Sprzeciw był karany śmiercią, lub wygnaniem, a wątpliwości... Cóż, dla nich nie było miejsca. Tak, więc w starożytnej Grecji narodziła się Eos. Uosobienie zorzy porannej, brzasku i świtu. To ona otwierała wrota dnia i rozpraszała mroki nocy. Jednak z czasem ludzie przestali wierzyć. Pojawiały się nowe religie. Siła, która napędzała bogów, gasła z każdym dniem. Zbyt przywiązana do mocy, Eos, uknuła niecny plan, który miał wyeliminować zagrożenie, jakie widziała w rodzinie. Pragnęła, aby cała wiara, która pozostała w śmiertelnikach, zwróciła się ku niej, co uczyniłoby ją niezwyciężoną. Niegdyś dobra i kochająca, z czasem gorzka i mordercza. To ona zabiła swojego brata Heliosa, to ona przejęła jego moc i to ona pragnęła śmierci swojej siostry... Selene. Jednak bogini nocy była dla niej zbyt potężna. Starcie, do którego doszło wywołało liczne trzęsienia ziemi, a ludzie byli przekonani, iż to jest właśnie koniec... Apokalipsa.
Śmierć faktycznie nadeszła, jednak to Eos poległa na wojnie, zaś Selene oddała moc, którą przejęła od siostry i zapragnęła zostać śmiertelniczką. Jednak całej mocy nie mogła się pozbyć, bowiem w ten sposób i ona zapukałaby do bram czyśćca. Wciąż ma siłę, wciąż ma wiarę, wciąż jest sobą, lecz wewnątrz niej nadal tkwi niepokój, bowiem Naomi to nikt inny jak Eos, a Selene... to Elena, która idąc z biegiem lat, pragnąc towarzyszyć śmiertelnikom, została łowcą...


Westchnęła głośno i oparła głowę o zimną szybę samochodu. Wpatrywała się w mijane przez nich krajobrazy. Mroczny las wyłaniał się zza zakrętu, który Dean pokonał w ułamku sekundy. Na atłasowym niebie pojawiła się okrągła tarcza księżyca, a nieliczne gwiazdy migotały, rozpraszając czerń. W noc taką jak ta, przypominała sobie, kim naprawdę jest... Że jej życie zaczęło się wieki temu, a teraz śmierć może nadejść w każdej chwili. Choć była potężna nie mogła przejść obojętnie obok faktu, że to właśnie na nią poluje Eos.
Żałowała, że ich relacje tak drastycznie się pogorszyły. Były siostrami, zawsze mogły na sobie polegać, jednak w końcu wszystko się zmienia. Patrząc na Winchesterów zazdrościła im tego, że choć oboje mają siebie dość, że oboje wiele przeszli, to wciąż mają do siebie zaufanie. Byli wzorem rodziny, którą ona straciła wiele lat temu. Teraz została sama i przywykła do tego, jednak jest w niej cząstka człowieka, a nikt tak jak on, nie potrzebuje bliskości.
-Myślicie, że znajdziemy wrota? – spytał Sam, wyrywając pozostałą dwójkę z zamyśleń.
-Jeśli są w st. Luis to na pewno je znajdziemy – odparł Dean.
-Fakt, na pewno w mieście będzie masa paskudztw – zgodziła się blondynka.
-Trudno będzie ich nie zauważyć – dodał od siebie szatyn.
-Racja – Sam pokiwał nieznacznie głową.
-Jestem głodny – odezwał się starszy Winchester, na co Elena spojrzała na niego z powątpieniem.
-Jest pierwsza nad ranem, gdzie ty chcesz coś zjeść? – mruknęła, po czym ziewnęła przeciągle.
-Tu niedaleko jest stacja benzynowa – wzruszył ramionami i uśmiechnął się ironicznie.
-Jak chcesz – odparła i ułożyła się wygodnie. Nie minęło kilka minut, a dziewczyna już pogrążyła się w głębokim śnie.
Szatyn spojrzał w lusterko, potem zerknął na brata, który najwyraźniej nie odczytal prawidłowo jego spojrzenia.
-No, co? Nie jestem głodny – powiedział.
-Co? – Dean wywrócił teatralnie oczami – Nie o to chodzi. Nie wydaje ci się, że jest jakaś dziwna?
-Tak dziwna jak Caroline, czy tak dziwna jak dziwny może być łowca? – odparł brunet.
-Jełop – fuknął pod nosem.
-Dean wyluzuj. Poluje na nią ześwirowana wiedźma to, jaka ma być?
-Pytanie, dlaczego na nią poluje?
-Bo ją zabiła? No nie wiem, ale jak dla mnie to wystarczający powód – powiedział spokojnie chłopak.
-Odechciało mi się jeść... Chociaż nie, dalej mam ochotę na ciacho – stwierdził i nieco docisnął gazu.
-Jeśli kiedyś wypadniesz z tego zawodu, to wyobrażam sobie jak będziesz wyglądał – gestem dłoni zakreślił przed sobą olbrzymi brzuch i zaśmiał się.
-Kochanego ciałka nigdy za wiele – odgryzł się Dean, na co Sam nie był dłużny.
-Ta, ale nadwaga sprzyja impotencji – wybuchł śmiechem, omal budząc śpiącą Elene.
-Zamknij się – warknął nieco przejęty szatyn.
Sam zaśmiał się głośno i oparł głowę o zagłówek. Uwielbiał dogryzać bratu, choć i tak nie był w tym tak dobry jak Dean. W taki sposób umilali sobie czas, w końcu dwóch mężczyzn spędzających razem dwadzieścia cztery godziny na dobę, muszą w jakiś sposób od reagować. Gdyby było inaczej, prawdopodobnie oboje nie wytrzymaliby ze sobą dłużej niż godzina, może dwie. To był urok tej dwójki. Choć nie raz i nie da mogliby się pozabijać, to końcem końców i tak zrobiliby dla siebie wszystko, co wielokrotnie udowodnili.

Trzasnął drzwiczkami, a Elena uchyliła nieco powieki. Sam został w wozie, ale Dean najwyraźniej musiał coś przekąsić. Stali na podjeździe przy niewielkiej stacji benzynowej, która w jej oczach przypominała ruderę, do której nigdy nie chciałaby zaglądać. Uniosła wzrok zerkając na tarczę księżyca. Dochodziła trzecia nad ranem, niebawem zacznie świtać. Przeciągnęła się leniwie i wychyliła, opierając się o fotel sama.
-Daleko jeszcze do St. Luis? – spytała.
-Jakaś godzina – odparł, zerkając na nią w lusterku.
-Słyszałam, co się stało – powiedziała cicho, na co chłopak uniósł pytająco brew – Z waszym ojcem. Przykro mi.
-Dean jest taki jak on, nie spocznie dopóki niedopadanie Kronosa.
-Tak, słyszałam, że wasza rodzina jest zawzięta – zaśmiała się.
-A ty? Dlaczego zostałaś łowcą? – rzucił.
-Z tego samego powodu, co większość... Straciłam rodzinę – odparła uciekając wzrokiem.
-Rodziców?
-Rodziców, siostrę, brata... Wszystkich – mruknęła.
-Przykro mi.
-Co jest? – Do wozu wrócił Dean, podał bratu reklamówkę, wyjmując z niej uprzednio batonika.
-Wszystko gra – odparł młodszy z braci.
-Macie tam małą przekąskę – szatyn uśmiechnął się drwiąco, a Sam zerknął na zakupy.
-Dobrze powiedziane – podsumował widząc dwie maleńkie paczki ciastek areo.
-No, co? Nie mamy już forsy – starszy Winchester wzruszył ramionami i ruszył, skręcając na główną drogę.
Sam pokręcił głową i podał paczkę ciastek Elenie. Odkręcił butelkę coli, upił spory łyk, a potem włączył radio i wsłuchiwał się w powtórkę wiadomości. Dziennikarka mówiła właśnie o tajemniczych zgonach na przedmieściach St. Luis. Doszło do kilku zabójstw, a ofiary miały wypalone oczy. Łowcy spojrzeli na siebie, a brunet podkręcił głośność.
-Policja może domniemywać, że za zabójstwami stoi tutejsza grupa satanistyczna. Jednak liderzy owej grupy wypierają się, jakby mieli cokolwiek wspólnego ze zbrodniami. Jak dotąd nie udało im się znaleźć poszlak czy dowodów, które mogłoby bezpośrednio wskazywać na winę satanistów.
-Chyba faktycznie tam są wrota – zauważył Sam, na co Dean przytaknął nieznacznie głową.
-Pytanie, jakie stworzenie wypala oczy?...


Droga do St. Luis zajęła im nieco więcej czasu, niż przewidywali. Faktycznie zaczęło już świtać, a słońce nieśmiało wyłaniało się zza puchatych obłoków. Przed piątą pojawili się pod motelem o szumnej nazwie SOUL. Szyld, choć olbrzymi, był zbyt mało widoczny i w ostatniej chwili Elenie udało się go dostrzec. Jednak musiała przyznać, że z każdą chwilą żałowała tego, iż go zauważyła, bowiem motel przypominał ruderę. Farba płatami odchodziła od ścian. Płytki, którymi były wyłożone schody pękały i odpadały od zaprawy. Zwiędłe kwiaty zaczęły wydawać z siebie nieprzyjemny zapach, który przypominał zepsute mięso, a na suficie pojawiały się wodne zacieki. Najwyraźniej nie mieli tu zbyt wielu gości, a ci, którzy odważyli się zostać na noc, byli chyba zdesperowani.
-Jedna trójka – powiedział szatyn, do szczupłej dziewczyny, która na pierwszy rzut oka przypominała członka jakiejś dziwnej sekty. Trudno było nie odnieść takiego wrażenia, widząc przed sobą dość zaniedbaną recepcjonistkę o długich, farbowanych na granat włosach, z kolczykami w nosie i brwi, której ubranie było ciemne i ciężkie, a na szyi zawieszony miała wisior w kształcie pentagramu. Spoglądała na nich wszystkich z odrazą i dziwnym wstrętem w oczach.
-Miła obsłucha – podsumowała oschle Elena, na co recepcjonistka spiorunowała ją wzrokiem.
-To, co? Zostawiamy rzeczy i idziemy popytać ludzi? – spytał Sam, idąc wolno za bratem.
-Stary jest piąta, kto normalny nie śpi o tej godzinie?
-No nie wiem, może ci, którzy od wczoraj piją w jakiejś knajpie? – mruknął pod nosem brunet.
-I myślisz, że coś z nich wyciągniesz? To powodzenia – zaśmiał się Dean. Winchester zatrzymał się przed pokojem piątym i przekręcił kluczyk w dziurce. Kiedy pchnął drzwi, aż go cofnęło na widok niepościelonych łóżek, starych, nie umytych naczyń i przepełnionym koszu na śmieci.
-Rany boskie, nigdy więcej – jęknął – już wole pustostan od tego.
-Mają kiepskiego menagera – skwitowała blondynka.
-I sprzątaczkę.
-I właściciela.
-Wiesz, Sammy, jednak twój pomysł nie był taki głupi – klepnął brata w plecy i rzucił torbę na ziemie i ruszył w stronę wyjścia.
-Chętnie bym się umyła, ale chyba zrezygnuje z tego pomysłu – dodała Elena i podobnie jak Dean po prostu wyszła, nie chcąc dłużej patrzeć na syf, który zastali.
-Najbliższy bar jest za rogiem, wiec może tam spróbować – oznajmił Sam dołączając do pozostałej dwójki.
-Mam nadzieje, że przynajmniej kawy się napije – mruknął zaspany szatyn, co Elena potwierdziła potakująco.
-Zastanawiałam się nad tym, co mogło w taki sposób zabić tych ludzi – powiedziała dziewczyna – Ale nie mam zielonego pojęcia. Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim.
-Bazyliszek – zaśmiał się Dean.
-To nie jest głupie, Dean – podchwycił brunet.
-Tak, ale bazyliszek zamienia ofiary w posąg, a nie wypala im oczy – zauważyła słusznie dziewczyna.
-Może się zmutował – burknął pod nosem i skręcił w pobliską aleje. Bar znajdował się kilka metrów dalej. Był otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę, dlatego wciąż przebywało w nim kilkoro podchmielonych klientów. Za ladą stał mężczyzna po pięćdziesiątce, który najwyraźniej nie przepadał za tą robotą. Łowcy usiedli przy wolnym stoliku, a po chwili podszedł do nich barman.
-Co podać?
-Trzy kawy i trzy jajecznice na boczku – powiedział Dean, zerkając ukradkiem na pozostałą dwójką. Cóż, byli głodni, wiec nie wybrzydzali za bardzo.
-Się robi.
-Może spróbuje pogadać z tamtą dwójką – rzuciła Elena, wskazując brodą dwóch mężczyzn, siedzących przy barze.
-Spróbuj, chociaż wątpię, że coś z nich wyciągniesz, ledwo siedzą – zauważył Sam.
Blondynka przeczesała włosy palcami i odsunęła krzesło. Brzdęk, który wydał plastik w zetknięciu z kafelkami, zwrócił na nią uwagę pozostałych klientów. Odchrząknęła cicho i ruszyła w stronę wspomnianej dwójki. Byli mocno spici, nawet nie zauważyli, że ktoś się do nich dosiadł, dopiero po chwili, gdy Elena się odezwała, spojrzeli na nią zaczerwienionymi oczami.
-Mam kilka pytań – pokazała odznakę, na co jeden z nich zaśmiał się głośno.
-Pytaj maleńka.
-Co wiecie o morderstwach?
-Żartujesz? To temat tabu – wtrącił się barman.
-Dlaczego?
-Bo nikt nic nie wie, a chodzą słuchy, że to ci sataniści z alei Monte Casino.
-A ty? Jak uważasz? – spytała barmana, na co mężczyzna ściszył głos i odparł;
-Ja chce jeszcze trochę pożyć...